|
|
W czwartek 24 listopada po długiej i ciężkiej chorobie zmarła Barbara Szlachetka - supermaratonka z Jelcza-Laskowic |
| To nie koniec jej biegu |
|
HAMBURG/JELCZ-LASKOWICE |
|
Basia na mecie maratonu w Jelczu-Laskowicach |
|
- To będzie mój najtrudniejszy bieg, ale go wygram - mówiła nam Barbara Szlachetka kilka tygodni przed śmiercią. - Nie mogę się poddać! Na pewno nie zejdę z trasy! Słowa dotrzymała. Z trasy nie zeszła, choć rak ją pokonał. Ale to nie koniec biegu. Teraz Basia biegnie gdzieś tam, po drugiej stronie... |
Miała tyle planów, a tu diagnoza lekarska brzmiąca jak wyrok - nowotwór jelita grubego. Kilka dni później odzyskaliśmy wiarę w zwycięstwo nad chorobą. Basia miała wesoły głos w telefonicznej rozmowie: - To będzie mój najtrudniejszy bieg, ale go wygram. Nie mogę się poddać, na pewno nie zejdę z trasy! Zamorduję tego raka! Mam tylu przyjaciół, nie mogę sprawić im zawodu...
Kto ją znał, ten wiedział, że nie rzuca słów na wiatr. W dzieciństwie miała niedowład nóg, nie było mowy o chodzeniu, a co dopiero o bieganiu. Wróciła jednak do normalnego życia. W 1997 roku jeden z przyjaciół namówił ją na przebiegnięcie maratonu - mitycznego dystansu w lekkiej atletyce. Tak narodziła się nowa miłość - do biegania. Gdy na mecie inni padali z wyczerpania, ona była gotowa do wyruszenia na nową trasę. W ciągu roku przebiegła 52 maratony (średnio jeden na tydzień), za co po raz pierwszy trafiła do Księgi Rekordów Guinnessa. Okazało się, że ma fenomenalną wytrzymałość i kondycję fizyczną. Zainteresowali się nią pracownicy katowickiej Akademii Wychowania Fizycznego. Zwykłe maratony przestały jej wystarczać. - Basia rozkręca się dopiero po 50. kilometrze - żartowano w środowisku biegaczy. To rzeczywiście była prawda. Chciała spróbować ultramaratonów - ekstremalnie trudnych i długich biegów. Dla zwykłego śmiertelnika dystans 100 km jest długi nawet gdy myśli o przejechaniu go samochodem. Tymczasem Basia z uśmiechem na ustach pokonywała większe odległości. Ultramaraton - nie ma sprawy. Bieg 24 godzinny - proszę bardzo.
W 1999 roku została rekordzistką Polski w biegu 48-godzinnym - w dwie doby przebiegła ponad 251 km. Pobijała następne rekordy, przesuwając je coraz bardziej poza teoretyczną granicę ludzkich możliwości. Do niej należą rekordy Polski we wszystkich biegach wielogodzinnych (od 12 do 72 godzin). Zaczęto o niej mówić „pożeraczka rekordów”.
Biegała w różnych warunkach. W 2002 roku ukończyła maraton rozgrywany pod ziemią - w kopalniach górskich Harzu. Potem był maraton po pustyni, na Saharze i bieg 100-kilometrowy w Egipcie, rozgrywany u podnóża piramid. Z trzydziestu ośmiu startujących, ten bieg ukończyło tylko jedenastu. Basia oczywiście też - była czwarta.
Najbardziej niesamowite jest to, że po takim wysiłku zaledwie cztery dni później przebiegła maraton w Grecji. We wrześniu 2003 spełniło się jej największe marzenie. Wzięła udział w prestiżowym „Spartatlonie” - biegu rozgrywanym dla uczczenia pierwszego maratończyka - Filipidesa. Trasę 246 kilometrów z Aten do Sparty pokonała w 31 godzin i zajęła trzecie miejsce wśród kobiet.
Potem były kolejne sukcesy - międzynarodowe mistrzostwa Niemiec w biegu 24-godzinnym, a także rekord Europy w biegu 48- godzinnym. Basia przebiegła ponad 348 km i osiągnęła drugi wynik światowy w historii. Do rekordu świata zabrakło jej 11 kilometrów. W lipcu 2004 miała go pobić, ale właśnie wtedy zaatakował ją nowotwór...
Leczono ją w Hamburgu w klinice jej przyjaciela doktora Christiana Hotassa, też ultramaratończyka. Mimo choroby nadal chciała biegać: - Wszyscy myślą, że ja się przemęczam, ale ja żyję dzięki bieganiu - odpowiadała, gdy pytano, dlaczego - mimo ciężkiej choroby - nadal startuje w maratonach. Wzorem był dla niej Lance Armstrong - wybitny kolarz, który wygrał walkę z rakiem i wrócił w wielkim stylu do sportu. Napisała do niego. Amerykanin odpisał listem pełnym ciepła. Wierzyła, że przekazał jej siłę do walki z chorobą...
|
BARBARA SZLACHETKA Ukończyła ponad 300 maratonów i
54 ultramaratony Rekordy: Rekord Polski w biegu 12-godzinnym
(łączny i uliczny): 118,085 km (Ruda Ślaska/POL, 25.04.2004) Sukcesy:
|
Z całego świata płynęły do niej słowa otuchy. - Nie poddam się, po prostu nie mogę! - mówiła. W trakcie zmagań ze śmiertelną chorobą ukończyła maratony w Irlandii, w Niemczech, na Węgrzech i w Stambule. Obserwując jej walkę z rakiem, wydawało się, że jest w stanie pokonać i tę przeszkodę. Nowy Rok powitała w Trzebnicy, biorąc udział wspólnie z bliskimi w tradycyjnym biegu sylwestrowym. Kilka dni później miała kolejną operację w hamburskiej klinice. Niestety, wiadomości nie były dobre. Lekarze stwierdzili przerzuty na otrzewną. - Walczę dalej, chcę żyć! Nie umrę! Nie opuszczę was! - pisała do nas pocztą elektroniczną z Hamburga.
W maju tego roku jak zwykle ukończyła „swój” jelczański maraton. Na metę wbiegła uśmiechnięta, trzymając się za ręce ze swoją córką Kasią, ale było już widać, jak wiele wysiłku kosztuje ją walka z chorobą. W lipcu jeszcze raz wszystkich zaskoczyła. Przebiegła pierwszy w historii maraton po dnie Morza Bałtyckiego. Miała wspaniałe plany. - Chcemy zorganizować maraton w ogrodach papieskich. Jest też szansa na bieg w największym pasażerskim samolocie na świecie - to dopiero będzie wyczyn! - mówiła nam jeszcze tak niedawno, na początku sierpnia...
Niestety, dziś już wiemy, że nie zdążyła zrealizować tych marzeń. W niedzielę 20 listopada przyszedł kolejny kryzys. Wycieńczony organizm już go nie przetrzymał. W czwartek 24 listopada o godzinie 11.41 Barbara Szlachetka odeszła...
Wolę myśleć, że wciąż biegnie - tylko na innej trasie. Widocznie tam na górze
potrzebują maratończyków, a trasy w niebie muszą być piękne i bezkresne...
lukasz@gazeta.olawa.pl