|
|
W ubiegłym tygodniu przedstawiliśmy kulisy śledztwa w sprawie korupcji w sporcie, prowadzonego przez wrocławską Prokuraturę Rejonową dla dzielnicy Psie Pole. W gronie głównych podejrzanych znaleźli się dwaj znani oławscy piłkarze, od dłuższego czasu grający we wrocławskich klubach - Jacek S. i Marek G. Dziś przypominamy podobną historię sprzed ponad 30 lat, w której jednak oławscy futboliści wystąpili w zupełnie innej roli... |
| Wyrolowani z Radlina |
|
OŁAWA |
|
- W naszej drużynie były wtedy dwie frakcje - wspomina Waldemar Wójcicki |
Wiosna roku 1973. W kraju trzeci rok rządzi ekipa Edwarda Gierka, niemal w komplecie pochodząca z Górnego Śląska. Z zachodu przelewa się do Polski strumień dolarowych kredytów, dzięki którym siermiężny gomułkowski komunizm w szybkim tempie przeobraża się w “socjalizm z ludzką twarzą”. Rozwój gospodarczy przekłada się także na sukcesy sportowe. W 1972 roku piłkarska reprezentacja narodowa, trenowana przez Kazimierza Górskiego, zdobywa w Monachium złoty medal olimpijski. Rok później polscy piłkarze toczą pamiętne boje z Anglią o wyjazd na mistrzostwa świata do Niemiec...
W tym samym czasie w maleńkiej podwrocławskiej Oławie drużyna piłkarska, hojnie wspierana przez biorące aktywny udział w gierkowskim rozkwicie Jelczańskie Zakłady Samochodowe, także powoli wychodzi z prowincjonalnego dołka. W 1971 roku oławski Moto-Jelcz zdobywa awans do III ligi, w której występują drużyny z Opolszczyzny oraz z Dolnego i Górnego Śląska. Pierwszy sezon oławianie skończyli na honorowym, środkowym miejscu w tabeli. Szybko pojawiły się jednak ambitne plany - awans do II ligi! Nie wszyscy byli jednak do tego w pełni przekonani. Różnice zdań wśród działaczy nie pozostawały bez wpływu na piłkarzy Moto-Jelcza.
W sezonie 1972/73 oławska drużyna grała w kratkę - raz była blisko, raz znowu daleko od lidera. Pod koniec maja 1973, gdy rozgrywki zbliżały się do końca, stało się jasne, że walka o awans do II ligi rozegra się praktycznie między dwoma zespołami z Górnego Śląska - liderującym niemal od początku jastrzębskim GKS oraz Górnikiem Radlin. Ten drugi klub założono 10 maja 1923 roku, w radlińskiej gospodzie, należącej do niejakiego Barteczki. W 1973 roku Górnik Radlin obchodził pięćdziesiątą rocznicę powstania. Jego działaczom w sposób szczególny zależało więc na drugoligowym awansie. Aby ten cel zrealizować, nie zawahali się do działań, które niewiele miały wspólnego ze szlachetną sportową rywalizacją...
W niedzielę 17 czerwca 1973 roku Moto-Jelcz miał podejmować na oławskim stadionie Górnika Radlin. Do końca rozgrywek pozostały tylko 3 kolejki. Oławianie praktycznie nie mieli już szans dogonić lidera. O zupełnie inną stawkę walczyli goście z Radlina, którzy ciągle mieli nadzieję na wyprzedzenie drużyny z Jastrzębia.
- W radlińskim Górniku grał obrońca Henio Lewandowski, którego znałem z wcześniejszych wspólnych występów w Zagłębiu Wałbrzych - wspomina Romuald Korzeniowski, były piłkarz Moto-Jelcza, a dziś oławski biznesmen. - On to właśnie zaczął szperać wśród naszych zawodników i szukać porozumienia w sprawie zbliżającego się meczu.
Lewandowski przyjechał do Oławy swoim prywatnym samochodem w środę rano 13 czerwca. Towarzyszyli mu dwaj działacze radlińskiego klubu. Byli umówieni na rozmowę w Rynku z Jasiem Krukiem, napastnikiem Moto-Jelcza, z którym Lewandowski także kiedyś grał w wałbrzyskiej drużynie. Dopiero tu na miejscu okazało się, że z Krukiem nie pohandlują. Całkiem niedawno władze oławskiego klubu zawiesiły go na kilka miesięcy w prawach zawodnika za hulaszczy tryb życia. Zamiast Kruka, na spotkanie do Rynku przyszedł Janek Nikisz, ale z nim Lewandowski nie chciał gadać. Wolał z Romkiem Korzeniowskim.
Ten był akurat na stadionie i przygotowywał się do treningu. Gdy Nikisz przekazał mu informację o wizycie “Lewego”, natychmiast podzielił się tą wiadomością z boiskowym przyjacielem, a zarazem kapitanem drużyny - Waldkiem Wójcickim. Po krótkiej naradzie obaj postanowili pójść z tym do Zdzisława Nowaka - kierownika sekcji piłki nożnej w oławskim klubie.
- Od pewnego czasu mówiło się o tym, że w przerwie letniej dojdzie do reorganizacji II ligi, utworzenia dwóch grup i w efekcie do jej powiększenia - mówi Romuald Korzeniowski. - Na poniedziałkowej naradzie w okręgu, w której uczestniczył Zdzisław Nowak, oficjalnie to potwierdzono. Szansę na awans otrzymał więc nie tylko zwycięzca trzecioligowych mistrzostw, ale także zespół, który zajmie drugie miejsce. To było ciągle w naszym zasięgu. Decyzja Nowaka była więc szybka: - Wy przyjmujecie na niby ofertę z Radlina, ja informuję o tym milicję i prokuraturę - w ten sposób załatwiamy dwie pieczenie przy jednym ogniu.
- Był jeszcze drugi motyw takiego właśnie planu - dodaje Waldemar Wójcicki. - W naszej drużynie od pewnego czasu funkcjonował wyraźny podział na dwie grupy zawodników: oławsko-wrocławską i opolsko-śląską. Baliśmy się, że jeśli my odrzucimy ofertę Lewandowskiego, to radlińscy działacze dotrą do kogoś z bliższej im terytorialnie frakcji i wtedy nie zobaczymy ani pieniędzy, ani punktów, ani awansu!
Pierwsze “handlowe” negocjacje przeprowadzono w kawiarni “Pod Kogutkiem” przy ul. 1 Maja, obok poczty głównej. Zdzisław Nowak zawiadomił o tym oławskiego prokuratora rejonowego Karola Mykietyna. Szybkie przygotowanie akcji milicyjnej nie było jednak takie proste. Trzeba było najpierw to skonsultować z “odpowiednimi czynnikami partyjno-rządowymi”, potem opracować szczegółowy plan i rozdzielić role. Wiedzieli o tym Wójcicki i Korzeniowski, dlatego podczas pierwszych rozmów “Pod Kogutkiem” od razu zastrzegli, że tam pieniędzy nie wezmą: - Tu jest zbyt niebezpiecznie, bo wielu siedzących przy innych stolikach nas zna - tłumaczył wysłannikom z Radlina Korzeniowski i zaproponował inne miejsce do przeprowadzenia transakcji - bar “Autostop”, usytuowany na rogatkach miasta, przy wyjeździe w kierunku Opola.
Ale jeszcze “Pod Kogutkiem” wynegocjowano stawkę za sprzedanie meczu - 18 tysięcy złotych. Miało to być podzielone między sześciu piłkarzy z frakcji oławsko-wrocławskiej. Na głowę przypadało więc po 3 tys. zł. W jelczańskiej fabryce przeciętna miesięczna pensja wynosiła wtedy niecałe półtora tysiąca złotych.
Do transakcji miało dojść w piątek 15 czerwca, we wspomnianym barze “Autostop”. Na wysłanników z Radlina czekali tam już od 9 rano Korzeniowski i Wójcicki. Przy sąsiednich stolikach siedzieli poprzebierani za meneli funkcjonariusze Milicji Obywatelskiej i sączyli piwo. Na jednym się nie skończyło, bo czuwanie trwało prawie godzinę. Na próżno. Do czekających na kasę piłkarzy Moto-Jelcza nikt nie podszedł.
- Na kwadrans przed dziesiątą wszedł na chwilę do baru jakiś gość, rozejrzał się tylko i po chwili zniknął - wspomina Romuald Korzeniowski. - Przypuszczam, że to był ktoś z Radlina, chciał się upewnić, czy nie przygotowaliśmy jakiejś prowokacji. O 10.00 pojechaliśmy na stadion, a milicjanci do Komendy.
- Gdy kończyliśmy trening, około godziny 12.00, poszedłem po piłkę, która wcześniej poleciała gdzieś w trybuny - opowiada Waldemar Wójcicki. - I wtedy właśnie podbiegł do mnie ten gość z Radlina, z którym widzieliśmy się w “Kogutku” i przepraszał za spóźnienie do baru “Autostop”. Tłumaczył się awarią samochodu. Chciał mi dać na stadionie pieniądze, ale ja odpowiedziałem, że sam nie wezmę i zaproponowałem spotkanie przed domem Romka Korzeniowskiego w oławskim Rynku. Od razu poszedłem do Zdzicha Nowaka, a on zadzwonił ze stadionu do prokuratora Mykietyna.
Tym razem milicjanci szybko się zmobilizowali. Zmodyfikowano jedynie pewien szczegół akcji - pieniądze będą odebrane nie w bramie domu Romka Korzeniowskiego, ale vis a vis, w korytarzu przy głównym wejściu do ratusza. Romek miał dać milicjantom znak poprzez nakręcanie zegarka.
Tak się też stało. Pieniądze wręczyli Korzeniowskiemu w ratuszowym korytarzu dwaj wysoko postawieni w kopalnianej hierarchii urzędnicy, a zarazem członkowie zarządu GKS Górnik Radlin. Gdy koperta trafiła do kieszeni piłkarza Moto-Jelcza, ten wychodząc z ratusza, pokręcił przy zegarku. Ze stojących w pobliżu samochodów wyskoczyli milicjanci, zakuli w kajdanki i odprowadzili do pobliskiej komendy kompletnie zaskoczonych działaczy z Radlina. Po chwili dołączył do nich kierowca służbowego auta z kopalni “Marcel”, który w karcie drogowej miał wpisany jako cel wyjazdu do Oławy “Przewóz drobnicy”.
Przy opracowaniu tekstu wykorzystałem m.in. informacje zawarte w artykule Krzysztofa Wągrodzkiego “Przewóz drobnicy”, opublikowanym na łamach tygodnika “Sportowiec” 26 czerwca 1973 roku.