Wrocławska Prokuratura Rejonowa dla dzielnicy Psie Pole prowadzi śledztwo w sprawie korupcji w sporcie. W gronie głównych podejrzanych znaleźli się dwaj znani oławscy piłkarze, od dłuższego czasu grający we wrocławskich klubach - Jacek S. i Marek G. Grozi im od 3 miesięcy do 5 lat więzienia

Mecze do kupienia i zastawienia

powrót

OŁAWA/WROCŁAW


Nie kop mnie chłopie!

Wszystko zaczęło się od meczu rozgrywanego na początku maja tego roku na wrocławskim Stadionie Olimpijskim. Walczący o utrzymanie się w II lidze Polar Wrocław rywalizował z Zagłębiem Lubin, którego celem był awans do ekstraklasy.

W pewnym momencie do grającego bardzo ambitnie wrocławskiego obrońcy Ireneusza Chrzanowskiego podbiegł napastnik miedziowej drużyny Grzegorz Niciński i powiedział mniej więcej takie słowa: - Co ty chłopie tak zaciekle mnie kopiesz, nie wiesz, że mecz jest ułożony? Pojedynek zakończył się porażką Polaru 0:4. Dzień później Chrzanowski spotkał się przy piwie z innym zaprzyjaźnionym piłkarzem z Lubina - Zbigniewem Murdzą i ten miał mu potwierdzić, że mecz został kupiony. Padła nawet kwota - 25 tysięcy. Taką ponoć wynegocjowano stawkę, ale ostatecznie polarowcy mieli wziąć 27 tysięcy, bo chłopcy z Lubina zrobili zrzutkę w pośpiechu i nie zdążyli dokładnie policzyć szmalu.

Do takich właśnie ustaleń doszli dziennikarze dolnośląskiego oddziału “Gazety Wyborczej” - Artur Brzozowski i Mirosław Maciorowski, którzy wykryli i jako pierwsi opisali całą aferę. Z ich relacji wynika m.in., że kilka tygodni później, na posiedzeniu Wydziału Dyscypliny Polskiego Związku Piłki Nożnej, Ireneusz Chrzanowski nie potwierdził swoich wcześniejszych rewelacji. Dziennikarze “GW” ustalili, że dzień przed wyjazdem do Warszawy, do wrocławskiego mieszkania, w którym przebywał Chrzanowski, dotarli tajemniczo wyglądający osobnicy i przeprowadzili z nim “rozmowę wychowawczą”. Sprawie jednak “nie ukręcono łba”, bo po publikacjach na łamach “GW”, zainteresowała się nią prokuratura.

“Zatłoczone” telefony

Rozgrywki futbolowe w naszym kraju toczą się systemem “jesień - wiosna”. Najpierw każda drużyna walczy kolejno ze wszystkimi pozostałymi zespołami, a potem - już wiosną następnego roku, rozgrywa pojedynki rewanżowe. Po podsumowaniu zdobyczy punktowych w obu rundach, najlepsze drużyny awansują do wyższej ligi, a najsłabsze spadają do niższej. Występujący w II lidze piłkarze wrocławskiego Polaru praktycznie od początku minionego sezonu walczyli o utrzymanie się, ale ta walka na dobre rozpoczęła się dopiero wiosną tego roku. Teraz już każdy pojedynek był ważny i w żadnym nie można było sobie pozwolić na straty punktowe. Wrocławianom nie szło jednak najlepiej, przegrywali mecz za meczem.

To miało także oczywisty wpływ na zarobki piłkarzy, bo ich wysokość w dużym stopniu zależy od osiąganych wyników. Jest zwycięstwo - jest premia, nie ma wygranej - nie ma kasy. To mogło skusić niektórych zawodników do szukania innych, pozasportowych rozwiązań.

Mniej więcej w połowie wiosennych rozgrywek stało się jasne, że głównym rywalem Polaru do miejsca gwarantującego dalszą grę na drugoligowych boiskach będzie drużyna Tłoków Gorzyce. I właśnie do piłkarzy tego klubu miał dzwonić z autobusu, wiozącego zawodników wrocławskiej drużyny na mecz do Gorzyc, 29-letni pomocnik Polaru - Jacek S., oławianin i wychowanek Moto-Jelcza Oława, przed laty członek polskiej kadry narodowej juniorów. W zamian za odpowiednią kasę Jacek S. miał zaproponować rywalom z Tłoków swoją i kilku innych kolegów niezbyt sportową postawę na boisku. Tak przynajmniej wynika ze wstępnych ustaleń Prokuratury Rejonowej Wrocław Psie Pole, która na przełomie maja i czerwca wszczęła śledztwo w sprawie “piłkarskiej korupcji”.

Zatrzymania i kaucja

Pierwszym piłkarzem Polaru, zatrzymanym przez policjantów z wydziału do spraw zwalczania korupcji, był wywodzący się z Brzegu Dolnego Tomasz R. On to właśnie już dużo wcześniej miał się zwierzyć klubowym działaczom, że od pewnego czasu systematycznie otrzymuje telefony z propozycjami na pozaboiskowe ułożenie meczów. Nie chciał jednak zdradzić, kto do niego dzwonił i co konkretnie proponował. Kilka dni przed zatrzymaniem Tomasza R. prezes Polaru Bogdan Ludkowski powiedział wrocławskim dziennikarzom, że informacje tego zawodnika o tych dziwnych telefonach były tylko zasłoną dymną, bo chciał on w ten sposób odsunąć od siebie podejrzenia, że kupczy meczami. - Dałem się nabrać na “krokodyle łzy” R., który “wzruszony” opowiadał, jak to w jednym z jego poprzednich klubów kilku piłkarzy wraz z trenerem sprzedawało mecze, a jemu się serce krajało, nie mógł na to patrzeć i dlatego zmienił otoczenie! - opowiadał prezes Ludkowski.

Tomasza R. zatrzymano 16 czerwca. Dzień później jego kolega z drużyny Jacek S. sam zgłosił się na policję. Obu przedstawiono zarzuty o czynnym uczestnictwie w przestępstwie, dopiero od niedawna ujętym w polskim kodeksie karnym i nazywanym “korupcją w sporcie”. Nie aresztowano ich jednak, gdyż sąd wydał postanowienie o zastosowaniu łagodniejszych środków zapobiegawczych - zatrzymania paszportów oraz wpłacenia kaucji pieniężnej - po 10 tys. zł od każdego. Podczas pierwszego przesłuchania Jacek S. odmówił składania jakichkolwiek wyjaśnień, natomiast Tomasz R. stwierdził, że zarzuty wobec niego są zupełnie bezpodstawne.

Depresja Jacka S.

Jacek S. był w gronie podejrzanych już od połowy maja, czyli po pierwszych publikacjach “Gazety Wyborczej”. Przerwał wówczas treningi i przestał grać w lidze. - Ta sprawa jest dla mnie za trudna, a w dodatku żona to bardzo przeżywa - zwierzał się wówczas klubowym działaczom, przynosząc pod koniec maja zwolnienie lekarskie. W siedzibie Polaru zjawił się 16 czerwca. Chciał odebrać zaległą wypłatę. Piłkarze wrocławskiej drużyny mieli wtedy ostatni trening, a po nim miało się odbyć kończące sezon spotkanie towarzyskie. Jacek S. nie chciał jednak na nim zostać. Działaczom i kolegom tłumaczył, że jest w fatalnym stanie i że korzysta z pomocy psychologa.

Z Jackiem S. nie udało się nam do dziś skontaktować. Jest pod stałą opieką rodziny i lekarzy, którzy zabronili mu udzielania jakichkolwiek wyjaśnień w tej sprawie.

Billingi i filmy

Śledztwo w sprawie korupcji piłkarskiej nabrało tempa na przełomie czerwca i lipca. Prowadzi je grupa prokuratorów z Prokuratury Rejonowej Wrocław Psie Pole, pod nadzorem prokuratora okręgowego Tadeusza Potoki. Zarządzono m.in. zbadanie billingów telefonicznych wszystkich zawodników Polaru, zwrócono się o informacje do wszystkich klubów drugoligowych, z którymi w minionym sezonie grał wrocławski Polar. Zgromadzono też materiały filmowe z meczów, które mają zbadać biegli z Polskiego Związku Piłki Nożnej. Już wcześniej działacze klubu z Zakrzowa właśnie na podstawie dokładnego obejrzenia taśmy z meczu z Arką Gdynia, odsunęli od zespołu obrońcę i zarazem kapitana drużyny Piotra Juraszka. Na filmie wyraźnie widać, jak w zupełnie niegroźnej sytuacji Juraszek zagrywa celowo ręką w polu karnym. W rezultacie Polar stracił gola z “jedenastki” i przegrał ten bardzo ważny mecz na własnym boisku 1:2.

Przesłuchano też kolejnych zawodników Polaru, w tym m.in. bramkarza Marcina F. i jak się wkrótce okazało - właśnie jego wyznania otworzyły przysłowiową puszkę Pandory.

Przyjechali po Tadka

W środę 7 lipca około godziny siódmej rano do oławskiego mieszkania 40-letniego piłkarza Śląska Wrocław Marka G. zapukali policjanci z wydziału do zwalczania przestępstw korupcyjnych. Powiedzieli, że szukają niejakiego Tadka G. Szybko się jednak wyjaśniło, że chodzi im o gospodarza lokalu Marka G. Policjanci bardzo grzecznie zaprosili go na rozmowę do komendy we Wrocławiu, gdzie miał być o godzinie ósmej przesłuchany w charakterze świadka. Marek G. pojechał do Wrocławia własnym samochodem. W policyjnym komisariacie na Podwalu okazało się, że musi czekać na panią prokurator, która będzie wolna dopiero o godzinie 12.00. Poszedł więc na mały spacer po wrocławskiej starówce, w jednym z lokali zjadł śniadanie, a potem pojechał na stadion Śląska przy ulicy Oporowskiej, gdzie o 10.00 miał się rozpocząć trening. W klubie przywitano go z dużym zdziwieniem, bo wrocławskie radio już od rana trąbiło o tymczasowym aresztowaniu piłkarza Marka G. Nic takiego się jednak nie zdarzyło. Były wieloletni zawodnik oławskiego Moto-Jelcza też był jednak zaskoczony, gdy w końcu stanął przed obliczem pani prokurator. Okazało się bowiem, że jest przesłuchiwany nie jako świadek, lecz jako oskarżony. Przedstawiono mu zarzut podżegania i pomocnictwa w korupcji sportowej. Zdaniem prokuratury, Marek G. miał pośredniczyć w rozmowach między byłym kolegą klubowym Marcinem F, a jednym z piłkarzy Cracovii Kraków, w celu ułożenia wyniku meczu. Po postawieniu zarzutów Marek G. został zwolniony do domu. Prokuratura zakazała mu opuszczać kraj i nakazała oddać paszport.

Bukmacher Marek G.?

Najbardziej doświadczony oławski piłkarz nie chciał się szerzej wypowiadać na naszych łamach o całej sprawie. Powiedział nam tylko, że według niego, całą aferę nakręcili działacze Polaru, którzy przejęli ten klub we władanie na początku roku - Bogdan Ludkowski i Tomasz Szypuła. Nie jest tajemnicą, że Polar ma spore zaległości finansowe wobec licznej grupy zawodników, w tym także Marka G. - Ci działacze znaleźli sposób na odcięcie się od pępowiny długów, babrając zawodników w aferę, głównie zresztą tych, o których było wiadomo, że już od dawna nie grają lub od nowego sezonu nie zagrają więcej w Polarze. Ludkowski wykorzystał do swych celów dziennikarzy “Wyborczej”, o których wielokrotnie mówił, że ma z nimi dobre układy - twierdzi Marek G.

Rzeczywiście “Gazeta Wyborcza” od początku opisywania korupcyjnej afery wymieniała Marka G. jako jednego z jej głównych udziałowców. Oławianin przyznawał, że faktycznie dzwonił do Marcina F., gdyż brał udział w zakładach bukmacherskich i chciał mieć pewność, czy jakieś mecze Polaru nie są z góry ustawione.

Gdy my zapytaliśmy Marka G., czy nie uważa za naganne uczestnictwo w zakładach piłkarskich, w których sam - jako zawodnik - odgrywa ważną rolę, odpowiedział, że nigdy nie obstawiał wyników z udziałem swojej drużyny. - A tak w ogóle, to zagrałem ze dwa lub trzy razy, a potem dałem sobie spokój, bo to żaden miód. Bywa jednak, że różni koledzy czy znajomi pytają mnie o radę i wtedy podpowiadam jak obstawić wynik tego, czy innego meczu. Nie widzę w tym nic zdrożnego!

Tezę o tym, że w zakładach bukmacherskich trudno liczyć na jakąś wielką fortunę, potwierdza Anna Płaczek z oławskiego oddziału STS: - Największa wygrana w Oławie to trzy razy po około 3.700 zł za kupony warte łącznie 6 zł. Zdobyli ją w ubiegłym roku trzej młodzi chłopcy, którzy identycznie obstawili jeden zakład i trafili.

Gdy zapytaliśmy Annę Płaczek o udział sportowców w zakładach, powiedziała, że jest taki wewnętrzny przepis, który tego zakazuje, ale w praktyce jest on niemożliwy do zrealizowania: - Musielibyśmy więc chyba mieć jakiś album ze zdjęciami sportowców, ale to i tak by nie pomogło, bo zakłady są anonimowe i można podstawić jakąkolwiek osobę.

(Cdn.)
Krzysztof A. Trybulski