Po dwóch latach zakończył się proces mężczyzn oskarżonych o zamordowanie Piotra Ł. z Jeszkowic, którego zwęglone zwłoki znaleziono w maju 1999 roku na łące w okolicach Gajkowa. Trzej sprawcy zbrodni otrzymali po 25 lat więzienia. Nadal nie przyznają się do winy. Wyrok nie jest prawomocny

Tajemnica spalonego bmw

powrót

WROCŁAW/JASZKOWICE




Spalone bmw na policyjnym parkingu

Piotr Ł. pożyczył sobie granatowe bmw, by znaleźć Stefana G., znanego policji m.in. z wcześniejszych włamań oraz z tego, że był kiedyś deportowany z Francji za handel narkotykami. Około północy spotkał się z Rafałem M. (pseud. “Stiven”) oraz Pawłem S. – obaj są kolegami Stefana. Potem nikt już nie widział Piotra żywego.

Około trzeciej w nocy wędkarz zauważył płonące bmw w okolicy Gajkowa, na drodze prowadzącej nad jezioro, nazywane przez miejscowych “Bajkałem”. Policyjni specjaliści szybko ustalili, że samochód został podpalony celowo, a wcześniej ktoś oblał go benzyną. Auto zamknięte było z zewnątrz. Dopiero badania DNA resztek zwęglonych kości, znalezionych na spalonym siedzeniu, pozwoliły ustalić, że ofiarą był Piotr Ł., którego zaginięcie wcześniej zgłosiła rodzina.

To oni!

Po wykryciu tej makabrycznej zbrodni okoliczni mieszkańcy wskazywali na Stefana G. (pseud. Wojtek), Pawła S. i Rafała M., jako na sprawców zabójstwa. Przez długi czas trudno było zebrać tyle materiałów dowodowych, by komukolwiek z nich przedstawić zarzut. Ponieważ jednak wszyscy zajmowali się działalnością przestępczą, więc gdy tylko policja zaczęła im deptać po piętach, przymknięcie ich, np. za włamania czy rozboje, nie było trudną sprawą. Ostatecznie na ławie oskarżonych przed wrocławskim Sądem Okręgowym zasiadło sześciu mężczyzn, z których każdy ma już na swoim koncie wyroki za różne przestępstwa.

Sąd ustalił, że to Stefan G., Paweł S. i Rafał M. zabili mieszkańca Jeszkowic, a dla zatarcia śladów wsadzili ciało do samochodu, które podpalili. Motywem zabójstwa miało być podejrzenie, że Piotr Ł. zdradził ich podczas zeznań na policji.

- Nie chciał z nimi kraść - komentuje krótko ojciec zamordowanego.

Obcięte ucho

Przestępcza grupa, w której prym wiódł Stefan G., imała się przeróżnych zajęć. Mają na sumieniu m.in. około pięćdziesięciu włamań do kiosków, liczne rozboje. Przy okazji okazało się, że są związani z podpaleniem co najmniej dwóch innych samochodów. Ogień służył im też do wymuszania. Jedną z ofiar przypalali na ognisku, taksówkarzowi obcięli ucho, aby wymusić 20 tys. zł. Brali udział w głośnym napadzie na listonosza w centrum Wrocławia, w biały dzień. Nie gardzili też drobnymi kradzieżami. Gdy mieli np. ochotę na przekąskę, ukradli z pastwiska krowę, która trafiła na grilla.
Jerzy Kamiński