|
|
Kiedyś przyjechaliśmy
do przytuliska, ale nie chciała rozmawiać. Była zbyt rozstrzęsiona. Kilka
minut wcześniej weterynarz uśpił psa, chorego na raka
|
|
Psia mama
|
|
|
Nowa Ligota
|
|
  |
| |
- Jestem dumna, że psy mają kontakt z ludźmi - mówi Marzena Sobańska
|
Mocno podaje rękę, choć sama jest drobna. Energiczne
ruchy, w oczach siła, ale także zmęczenie i troska. Psycholog w brudnych spodniach
i podartej od psich łap kamizelce.
Marzena Sobańska od wielu lat nie ma życia osobistego
i zawodowego. Bo kto nakarmi 138 psów, kto z nimi porozmawia, pogłaska je, przytuli?
Kiedyś napisze książkę o zachowaniu psów w sforze.
Psy w salonie
Denerwuje ją, gdy ktoś mówi o jej domu “schronisko”.
W schronisku psy siedzą w boksach i są nieszczęśliwe. U niej mieszkają wszędzie,
także w pokoju kominkowym, który kiedyś był eleganckim salonem. Dziś patrzą na
nas przez okna psie pyski. Wszędzie słychać szczekanie. Psy rzucają się z radością
na każdego odwiedzającego, skaczą, liżą, aby znaleźć właściela, którym nie będą
musieli się dzielić ze 137 braćmi w biedzie.
Sześć lat temu mieszkało z Marzeną Sobańską 30
psów. Wtedy miała jeszcze szansę na kupno konia, strusia, pisanie książek, pracę
naukową i... normalne życie. Dziś jest mamą dla kilku sfor psów w przytulisku.
- To poszło jak lawina - mówi, a w jej głosie
słychać troskę. - Tu nie ma warunków dla tylu psów, ale co robić? W momencie
podpisania umów z gminami Oleśnica, Oława, Jelcz-Laskowice, Bierutów - było
tu miejsce dla 45 zwierząt. Ale potem ktoś przywiózł psa bez łapki, bez oczka,
bez ogona. I tak to poszło. W całym domu są psy i to już przekracza wszelkie
normy, ponieważ zagrażają same sobie. Jeżeli mam kojec dla jednego psa, a są
tam trzy, to nie jest normalne.
Budzi mnie wycie
Marzena Sobańska zaczyna dzień latem, o godz. 4.00.
Teraz około 7.00. Nie ma zegarka. Budzi ją psie wycie. Zaczyna Wojtuś, a potem
idzie fala, trwa kilka minut. Gdy się kończy, wie, że już dłużej nie pośpi. Trzeba
wstawać do roboty. Wychodzi przez okno z domu, żeby nie wypuścić wszystkich psów.
Wypuszcza tzw. “korytarz”, ponieważ śpią wszędzie (ciężka paranoja - dodaje cicho),
gasi światło, wraca i zaczyna robić porządki. Wychodzi pan Jurek (w przytulisku
od początku) lub Romek, zamyka korytarz, puszcza “strych”. Wracają na poranną
kawę. Marzena cały czas krząta się po podwórku. Później zamykają strych i wypuszczają
pozostałe psy - z garażu, kojców, “pokoju kafelkowego” i reszty pomieszczeń. Śpią
przecież w całym domu. Wstępu nie mają jedynie do łazienki i piwnicy. Powstaje
niesamowity harmider. Psy z kojców wyprowadzane są do bud i zaczyna się karmienie.
Trwa około półtorej godziny. Jedzenie gotowane jest z dnia na dzień, w ogromnych
parnikach. 360 litrów dziennie. - Gotujemy to, co mamy - mówi Marzena. - Bazą
jest kasza, ryż, makaron, chleb. Do tego dodajemy warzywa, karmę do smaku. Czasami
zdarzało się, że psy jadły co drugi dzień...
Gdy są nakarmione i wyprowadzone, Jurek i Romek
sprzątają, a Marzena zaczyna inną pracę: telefony, papiery, szczeniaki, załatwianie
spraw urzędowych, weterynarz.
Dajemy im miłość
| |
Pan Jurek gotuje jedzenie dla podopiecznych
|
Gdy wyjedzie, wystarczy że na pół godziny, robi się
straszne zamieszanie. Psy głupieją, nie wiedzą co mają robić, tęsknią. Wszystkie
mają imiona i każdy pies reaguje na swoje. - To, że ja pamiętam ich imiona, to
nieistotne - mówi Marzena. - Ale, jeżeli biega 40 psów i ja wołam “Kropka”, to
biegnie właśnie ona. Dla mnie to jest fenomen.
Psy zachowują się zupełnie inaczej w sforze, niż
mieszkające w normalnych domach. Inne są reakcje - psychologiczne i fizjologiczne.
Suki np. mają cieczkę co 3 miesiące, a nie co 5.
- Jestem niesamowicie szczęśliwa, że każdy z nich
codziennie ma kontakt z człowiekiem - mówi Marzena. - Jest przytulony, pogłaskany,
skarcony. Nie są samotne, nie mają choroby sierocej. Psy potworzyły maleńskie
sfory, ale bardzo zżyte, że nie mogę ich rozdzielać.
Wybrzydzają jak w sklepie
Chociaż psy w Nowej Ligocie mają opiekę i miłość,
pewnie chciałyby dostać prawdziwy dom. Przyjeżdża tu dużo ludzi, których Sobańska
dzieli na cztery kategorie. Jedni chcą tylko popatrzeć, drudzy są bardzo zdecydowani
- “ma pani rottweilera?” Trzeci mówią, że chcieliby małego pieska. - Przynoszę,
wynoszę, pokazuję - opowiada. - Nie lubię tego, to wygląda jak zakupy na targu,
ale dla psa zrobię wszystko.
Czwarta kategoria to wybrzydzający - “ten nie,
ma za długie nogi, za krótkie uszy”. Jeden pan przyjechał kiedyś z miarką i
mierzył psie nogi.
- Mówię o tym nie dlatego, żeby kogoś obrazić.
Wiele psów trafiło w cudowne ręce, ale są też takie, które do mnie wróciły w
brzydki sposób. Po prostu zostały podrzucone pod dom. Tamara wróciła po dwóch
latach. Siedzę w lecie przed domem. Patrzę, pies. Podszedł do mnie, położył
mi głowę na kolanach, patrzę, a to Azor. Podrzucili go po półtora roku. Mam
ogromny sentyment do dzieci i młodzieży, ponieważ biorą psy biedne, potrzebujące
pomocy, po tragicznych przejściach. Kiedyś przyjechały panie po suczkę, przybiegła
Księżniczka, ale nie wzięły jej, bo ma chore oko.
Każdy może pomóc
Dotacje z gmin wystarczają maksymalnie do sierpnia.
Pokrywają koszty opłacenia energii elektrycznej i opieki weterynaryjnej. Brakuje
jednak na wyżywienie i inne wydatki. Czasami psy jedzą raz na dwa dni. Gdyby nie
pomoc Towarzystwa Opieki nad Zwierzętami, niektórych szkół i ludzi dobrego serca,
nie wie, co by zrobiła. Ludzie wyrzucają jedzenie, stare koce, odzież, plastikowe
wiadra. Tu wszystko się przyda.
Żywcem pogrzebany
Jakie historie mają psy Marzeny Sobańskiej? Wiele
jest po ciężkich przyjściach. Mówi o nich “psy specjalnej troski”. Antoś obgryzał
sobie ogon, Oskar przebył nieleczoną nosówkę i ma zaburzenia równowagi. Olo był
łysy jak indyk. Izydorek miał obcięty ogon. Przywieziono go całego zakrwawionego.
Inne psy wylizują mu ogon. Myszkę trzeba było uczyć chodzenia i zaufania do ludzi.
Suka była „zabita” łopatą i żywcem pogrzebana w gnoju, inny pies w worku z kamieniami
wrzucony do Oławki. Uratowały się. Są nadpobudliwe, pobudzone ruchowo, mają skrzywioną
psychikę.
- Nie potrafiłabym ich teraz zostawić - mówi pani
Marzena. - Chyba bym zwariowała. Bardzo często w nocy nie mogę spać i myślę:
co się z nimi stanie, jak mnie nie będzie, albo zabraknie jedzenia? Ale mam
nadzieję, że będzie dobrze. Mam 51 lat, a pochodzę z długowiecznej rodziny...
*
Jeżeli chcesz pomóc psom w Nowej Ligocie,
zadzwoń: 381-20-45, 398-87-61
Tekst i fot.: Monika Gałuszka-Sucharska